TYM RAZEM NA CELOWNIKU – LILU

lilu

⊕: Jesteś aktorką, piosenkarką czy improwizatorką?

Szczerze? Jak możesz mi poświęcić tydzień, to mogę opowiadać (śmiech). W zasadzie to jestem tworem, który składa się ze wszystkich tych elementów. Mam takie wrażenie,  że w niczym nie jestem geniuszem, ale dzięki temu, że robię wszystko po trochu, to tworzy to specyfikę mojej osoby. Na pewno jestem improwizatorką. Skończyłam prywatną szkołę, więc niektórzy powiedzą że jestem  aktorka, a niektórzy nie.

⊕: A którą szkołę skończyłaś?

Ona już nie istnieje, więc to za bardzo nie ma znaczenia tak naprawdę, bo chyba tylko trzy roczniki wyszły z tej szkoły, ale było bardzo fajnie, wiele się tam nauczyłam, zwłaszcza o przyjaźni i tak dalej…

⊕: A czym jest dla Ciebie rzeczona przyjaźń?

W tej chwili najważniejszym elementem mojego życia. Niedawno, jak miałam mały wypadek to moi przyjaciele nie zostawili mnie nawet na minutę samej.

⊕: Czyli masz ich wielu?

Nie wiem czy to jest duża ilość, czy nieduża, ale jakość jest zatrważająco wysoka.

⊕: Wróćmy do Ciebie…

Hmmmm…. Robię różne rzeczy… Śpiewam, nagrywam płyty… Wydałam tych płyt 7. Mam za sobą kilkaset różnych występów muzycznych. Improwizacja pojawiła się w moim życiu znacznie później.

⊕: No właśnie. W jakich okolicznościach pojawiła się w Twoim życiu improwizacja?

To jest dosyć intrygująca historia. Mój serdeczny, wieloletni przyjaciel Jacek Stefanik w pewnym momencie zajarał się improwizacją. Ja natomiast miałam o niej słabe pojęcie i kojarzyła mi się absolutnie z Grotowskim, czyli z takim uduchowionym teatrem, który nie jest kompletnie moim tematem. Nawet pamiętam jak kiedyś nocowała u mnie znajoma, która  miała warsztaty w teatrze Chorea. Cały czas się przezywałyśmy (śmiech). Ja do niej mówiłam: „Pani Grotowska”,  a ona do mnie: „Pani Brecht” J (śmiech). Dlatego gdy Jacek zapytał mnie czy mam ochotę dołączyć  do grupy, to pierwsza moja odpowiedź była: ABSOLUTNIE NIE! KATEGORYCZNIE NIE MA TAKIEJ OPCJI.  Wtedy pamiętam, że przyjechał do mnie z piwem….

⊕: Czyli Impro Atak! znalazł Ciebie?

Impro Ataku jeszcze wtedy nie było. Był Jacek Stefanik. I chyba tak naprawdę na samym początku był Jacek Stefanik i ja.  Przyjechał do mnie i pokazał mi grę pod tytułem: „Podwójny dubbing” i wtedy powiedziałam:  BOŻE ! CHCĘ TO ROBIĆ! O JAK BARDZO CHCĘ TO ROBIĆ. KOCHAM TO! No i od tej pory zaczęła się miłość. Potem były różne przejścia, próby w parku 3-go maja w muszli koncertowej, i tak dalej, i tak dalej, a potem zaczęły dołączać do zespołu kolejne osoby. Tak to było. Ta historia w zasadzie jest jeszcze dłuższa. Pamiętam, jak Jacek wspominał, że wolałby robić impro tu na miejscu w Łodzi, a nie dojeżdżać do Warszawy. Powiedziałam do niego:  „Załóż grupę w Łodzi!”. Ale on nie chciał być szefem… Ja mu na to: „Chłopie! To jedno, albo drugie!”.

⊕: A oprócz tego, że jest Twoim przyjacielem, to kim jeszcze jest dla Ciebie Jacek Stefanik? Autorytetem, szefem?

Absolutnie przyjacielem i to jest najważniejsze. Oczywiście w kwestii improwizacji bardzo długo był autorytetem, bo był jedynym człowiekiem, który cokolwiek wiedział na ten temat i bardzo dużo nas nauczył. Cały czas widać po Jacku na scenie, że robi to najdłużej, ale już dochodzimy do takiego momentu, kiedy my wiemy i on wie, że ma partnerów na scenie i nie musi nas pilnować, że nie musi się nami opiekować jak dziećmi.

⊕: A sama improwizacja? Czym jest dla Ciebie?

W improwizacji według mnie istotne jest to, że nie da się jej robić z ludźmi, których się nie lubi. Nie da się!

⊕: A grać się da?

Ogólnie raczej tak. Nie ma się wyjścia. To też jest trochę tak jak granie w reklamach. Istnieje stereotyp, że aktor nie powinien grać w reklamach albo w serialach, bo aktor to powinien grać tylko na scenie. Czasy się zmieniły. Gdybym była sprzątaczką to bym nie mówiła, że nie posprzątam tego kibla, tylko posprzątam kibel w pałacu. Aktor musi po prostu pracować i to jest ważne.

⊕: Pociągnijmy jeszcze temat samej improwizacji…

Improwizacja w moim życiu jako taka istnieje od wieków, ponieważ wychowywałam się na jamach jazzowych,  gdzie „Summertime” śpiewaliśmy na wszystkie możliwe sposoby, dlatego myślę,  że życie jest improwizacją, że improwizacja jest życiem, że muzyka jest improwizacją, a improwizacja jest muzyką.

⊕: Gdzie łatwiej improwizować? W życiu czy w teatrze? Chcę to pytanie zadać Wam wszystkim po kolei 🙂

To jest bardzo porównywalne i jedno drugiemu bardzo pomaga w kontekście uczenia się. Tak samo improwizacja w muzyce. Myślę, że bardzo się te rzeczy przeplatają. Tak jak u mnie muzyka przeplata się z improwizacją i z tym co robię w ogóle w życiu. Wszystko to jest u mnie strasznie wymieszane. Nie ma konkretnych granic. Schodzę ze sceny w teatrze śpiewając i wchodzę na koncert jako improwizatorka. Po drodze mogę pojechać na jam jazzowy i wtedy kim jestem? Improwizatorem czy muzykiem? Mogę zaśpiewać piosenkę na impro i kim wtedy jestem? Muzykiem czy improwizatorem? Właśnie tu chodzi o zacieranie tych granic. Ja w ogóle bardzo lubię fuzje i w muzyce, i na scenie. Lubię jak się mieszają kultury, rodzaje sztuki i stylistyka. To jest chyba najfajniejsze i najbardziej odkrywcze w tym wszystkim.

⊕: A co jest najtrudniejsze w improwizacji?

Odpuścić….

⊕: Improwizację?

To jest coś takiego, dlatego to jest bardzo podobne do życia, że idziesz, uczysz się, ćwiczysz ten umysł, po czym dochodzisz do brzegu mega wielkiej przepaści i teraz nie masz wyjścia. Nie możesz stać w miejscu. Musisz skoczyć. To jest jak miłość. Trzeba po prostu skoczyć, poddać się temu. Tylko w ten sposób okaże się, czy trzaśniesz łbem o podłogę czy polecisz. I zwykle w improwizacji jest tak, że się leci. Są ludzie, którzy tego nie czują, ale to są ludzie, którzy dochodzą do brzegu tej przepaści i nie skaczą. Takie mam wrażenie, że dopiero ten moment, mój ojciec, który jest pilotem nazywa to „próbą astronautów”, gdy ci wszystkie wnętrzności idą do góry jak na kolejce górskiej, jest to moment w improwizacji w którym można ocenić,  czy się to kocha czy nie. I zwykle kiedy się przejdzie ten moment, to się zaczyna to kochać. W życiu jest tak samo. Cały czas stajemy nad brzegami przepaści i cały czas musimy z nich skakać. Tak samo jest w muzyce. W pewnym momencie trzeba zapomnieć o tym czego się nauczyło. Oczywiście impro ma swoje ramy, ale jak się już osiągnie pewien etap, to się tych ram nie trzeba trzymać. Słyszałam nie tak dawno temu o Irlandczyku, który grał 1,5  godziny spektaklu z człowiekiem z widowni, który nigdy w życiu nie widział impro. Także wszystko jest możliwe, rety!, ale się filozoficznie zrobiło. WOW!

⊕: No właśnie! Publiczność! Jest ona nieodłączną częścią improwizacji. Robicie to dla publiczności, ale i z ich, niekiedy dosyć znacznym, udziałem…

To tez jest mieszanka, bo są gry, w których publiczność jest tematem przewodnim scenki, jak np. „dzień z życia” albo jest aktorem jak rozgrzewka pod tytułem „sektory”, lub scenarzystą jak w „osobliwym przyjęciu”.  Są gry jak np.: „manekiny” , w których publiczność może wejść na scenę. Czyli publiczność jest i aktorem i my jesteśmy publicznością dla siebie. Jest to dzięki temu bardzo kolorowe i inne niż wszystko.

⊕: Niektórzy ludzie porównują improwizację do kabaretu. Co o tym myślisz?

Widzisz. Często ludzie pytają mnie, czy bardziej przyrównałabym improwizację do kabaretu, czy do teatru. Szczerze? Najbardziej przyrównałabym kabaret do teatru. Jeżeli z tych trzech rzeczy miałabym wybierać, bo tylko te dwie formy mają scenariusz. Improwizacja scenariusza nie ma, dlatego jest nieporównywalna do niczego innego. Oczywiście, że to musi być dowcipne, że to chodzi o lotność umysłu, ale nie śmieszne, tylko dowcipne. Nie mamy żadnych narzędzi pt. peruki, powyciągane swetry czy różowe rajstopy – trochę tu pije do tych kabaretów polskich, ale nie lubię być też złośliwa, niech każdy się śmieje ile tylko może z tego co lubi, na zdrowie!

: OK. W takim razie są granice w impro?

Każdy ustala swoje granice. My akurat nie bierzemy sugestii politycznych i religijnych. Uważam, że jest to jak najbardziej na miejscu,  bo jeśli chodzi o politykę, to jest moment, gdzie można się odciąć od tego co się dzieje na świecie. Jeśli chodzi o religię, nikogo się nie obrazi. Z założenia również nie przeklinamy na scenie. Uważam ze na deskach teatru przeklinanie musi być bardzo uzasadnione,  bo jednak ma być to sztuka kulturalna.

⊕: Czujesz czasem przesyt w impro? Musisz odpocząć?

Zdecydowanie tak. Mam coś takiego, że ostatnio bardzo rzadko pisze piosenki, zwłaszcza jeżeli dużo gramy. Zgadzam się z teorią, że każdy człowiek ma w jakiś ramach ograniczoną kreatywność. Improwizacja tę kreatywność pożera w zastraszającym tempie. Jak długo nie mamy prób, albo jak mam przerwę w teatrze, to nagle zaczynam pisać piosenki. Uważam ze improwizator powinien robić inne rzeczy w życiu. Czy to jest opieka nad rodziną, czy uprawianie sportu, pisanie muzyki, granie w teatrze, czy uprawianie działki. Musi mieć fascynację,  bo inaczej nie będzie miał co pokazać na scenie i o czym mówić. Dobrze jest chwilę odpocząć, żeby móc cos innego złapać, żeby umysł złapał powietrza.

⊕: A tak technicznie rzecz biorąc? W której formie improwizacji czujesz się najlepiej?

Musical no… no przecież (uśmiech).

⊕: A krótkie formy?

Jest ich tyle… ja przede wszystkim lubię różnorodność. Dzisiaj powiem ci, że np.: „emocjonalna rodzina”, lub „Robinson”, albo  „osobliwe przyjęcie”, a jutro powiem ci kompletnie inaczej, że uwielbiam: „co pan powiedział”, ”  zmień” i „sklerozę” . To u mnie zależy od dnia.

⊕:  A najdziwniejsza postać czy miejsce w które cię wysłali?

Z Jolą grałam na przykład dwie piersi w staniku: ) Ale przykład, który podaje wiecznie to: „wirus ebola, który nie dostał wizy do Stanów”. Miałam wow! Lubimy jak przychodzą ludzie, którzy już na impro byli. Bo wiedzą o co chodzi i często przygotowują w domu sugestie.

⊕: Guru improwizacji to dla Ciebie?

Nie chcę… 🙂

⊕: No dobra to po ludzku, marzysz czasem?

Hmmm. Non stop… ale wiesz co? W moim życiu dzieje się coraz więcej rzeczy, które mi udowadniają, że przyszłość nie istnieje, że ona na prawdę nie istnieje. Na tyle ile jesteśmy w stanie wymyślić wersji przyszłości to i tak nie wymyślimy tej, która się wydarzy. Pamiętam sytuację, że siedziałam ze znajomym w Teatrze Nowym. To było po bankiecie jakieś 10-15 lat temu. Piliśmy wódkę na publiczności dużej sceny. Powiedział : „idź na scenę i powiedz jakiś wierszyk”. A ja weszłam i powiedziałam: „nie powiem ci żadnego wierszyka, bo ja tu kiedyś zagram”. Wtedy jeszcze nie pomyślałam, żeby pójść na aktorstwo. Przypomniałam to sobie wchodząc na pierwszy musical na Dużą Scenę. I mówię: WOW! Mówisz i masz! Ale czy przyszłoby mi do głowy, że zagram na deskach Teatru Stu w Krakowie, albo na deskach Teatru Komedia w Warszawie? Nigdy!

⊕: A co czujesz jak wychodzisz na scenę grać?

To jest bardzo zabawne. Wszystko przechodzi, nawet największy ból głowy. Zapominam o całym świecie. Wszystkie problemy znikają. To jest jedyny moment w którym się jest tylko tu i teraz.

⊕: A jak z niej schodzisz? Co czujesz? Wiem, że Jacek Stefanik ma „zjazd” – odpływ energii. Masz podobnie?

Wszyscy mamy „zjazd”… Mózgu nie ma, żołądka nie ma. Chce mi się jeść !!!!! Jak po basenie.

⊕: A poza impro,  jakie masz plany artystyczne na najbliższy czas?

Próbuję skończyć płytę, zupełnie nie hiphopową. A tak poza tym to chciałabym być po prostu szczęśliwa.

⊕: Czyli tego ci życzyć?

Myślę, że jest to jednocześnie najprostsze i najtrudniejsze życzenie na świecie. Nie coś zrobić i nie coś osiągnąć tylko być szczęśliwym.

⊕: No i cięcie!(śmiech)

CIĘCIE!!!!!(śmiech).