NA CELOWNIKU- JANEK JAKUBOWSKI

na celowniku

:Jakbyś miał się opisać w trzech słowach…

Hmm… To nie są proste rzeczy. Opanowany – to jedno ze słów. Czuły, myślę  że jest to drugie ze słów , a trzecie…

:Ja mam już dwa, ale Ci nie podpowiem.

No ja tez mam dwa, ale one stoją w konflikcie ze sobą. Z jednej strony chciałbym powiedzieć, że jestem stanowczy, a z drugiej strony, bardzo równolegle, chciałbym powiedzieć, że nieśmiały.

: Ale przecież jedno nie wyklucza drugiego.

To prawda, ale nieśmiałość nie kojarzy się ze stanowczością. Gdzieś ostatnio usłyszałem bardzo ładne zdanie, że „w dzisiejszych czasach nieśmiałość to najszczersza postawa na jaką można się zdobyć” i ta nieśmiałość gdzieś kołacze mi się po głowie. Nie chciałbym wyjść na przestraszonego introwertyka, ale tez z kolei nie jestem nie wiadomo jakim ekstrawertykiem. Jestem zawieszony pomiędzy…. nieśmiałością a stanowczością.

: Jesteś optymistą?

Zdecydowanie nie.

: Czyli butelka jest do połowy pusta?

Nie jest do połowy pusta, bo też nie jestem pesymistą. Sam siebie najczęściej nazywam pesymistą „użytkowym” – jak się nie uda to się nie zmartwię.

: Bezpiecznie?

Poniekąd (śmiech). A wracając do wcześniejszego pytania to trudno określić jednoznacznie te trzy opisujące mnie słowa, bo za bardzo się czuję w zawieszeniu pod różnymi względami.

: A czy któraś z tych cech pomaga Ci w  improwizacji? Wymieniłeś opanowanie, czułość…

Tak, z pewnością obie pomagają.

: Ale nieśmiałość?

Właściwie to nie ma najmniejszego znaczenia, ponieważ z zawodu jestem aktorem. Prywatnie mogę być nieśmiały, ale widzów przychodzących na spektakl nie za bardzo to interesuje. Widz ma swoje oczekiwania, a moim zadaniem jest sprostać tym oczekiwaniom. I dlatego w tym przypadku nieśmiałość nie przekłada się na moje postępowanie sceniczne, bo nieśmiałość to bardziej postawa życiowa, a nie sceniczna.

: Wracając do impro. Jak się zaczęła Twoja przygoda z improwizacją? Czy Impro Atak! znalazło Ciebie czy Ty znalazłeś Impro Atak!?

Impro Atak! znalazło mnie. A właściwie znalazł mnie Jacek Stefanik z którym się nie znałem wcześniej. Okazało się, że był na przedstawieniu :„Dzieła wszystkie Williama Shakespeare’a”, w którym gram w Teatrze Małym. Tam mnie zobaczył i pomyślał sobie, że gość się może nadawać. Później zadzwonił do mnie i zaprosił mnie na próby. Grupa się wówczas formowała i nie nazywała się Impro Atak!. Bardzo mi się spodobało, bakcyla połknąłem i… jestem.

: A co Cię najbardziej fascynuje w improwizacji?

Myślę że coś podobnego to tego, co generalnie i zasadniczo pociąga mnie w aktorstwie. To, że nigdy nie można powiedzieć że już umiem, opanowałem to. Zauważyłem, że z upływem każdego dnia, tygodnia, miesiąca ja się zmieniam i improwizacja się we mnie zmienia. Cos innego przez nią rozumiem, czego innego od niej oczekuje, co innego chce jej dawać. I może właśnie to… Żeby opisać to jednym słowem?… hm, nie wiem… być może to, że jest tak wielowymiarowa. Tak, fascynuje mnie w niej jej wielowymiarowość.

: A co jest w niej najtrudniejsze da Ciebie? Na pierwszy rzut oka wygląda to na bardzo trudne zadanie. Czy można się przyzwyczaić?

Przyzwyczaić się można jak do wszystkiego, aczkolwiek nie polecam przyzwyczajania się. Do niczego dobrego  przyzwyczajenie nie prowadzi. Najtrudniejsza jest, o ironio, prostota. To jest coś, czego cały czas poszukuję. Najtrudniejsza jest prostota i szczerość. Czasami zauważam, że rzeczywiście nie trzeba nic wielkiego. Dwoje ludzi wychodzi i milczy przez pięć minut – to potrafi być bardzo zabawne w improwizacji, a jednocześnie proste i szczere, więc tak… najtrudniejszą rzeczą której poszukuje jest prostota i owa szczerość na scenie. Czasami udaje mi się jej dotknąć.

: A jak jest w życiu? Improwizujesz?

Trochę to na tym polega.

: A co jest trudniejsze? Improwizacja w życiu czy na scenie?

Nie porównywałbym tych dwóch improwizacji, gdyż obie maja inny cel. Improwizacja ma to do siebie, że zasadniczo nie powinna kosztować nas nic, że powinniśmy się nią cieszyć. Dlatego myślę, że prostsza jest improwizacja sceniczna, bo nie wiąże się z różnymi konsekwencjami. Na scenie ona może po prostu nie wyjść. Wytłumaczenie jest proste – nie wyszło, naturalna rzecz. W życiu jest podobnie, improwizujemy we wszystkich możliwych sytuacjach. Właściwie trzy czwarte życia jest pewnego rodzaju improwizacją. Możemy sobie cos zaplanować, ale nie wiemy jakie sytuacje niezależne od nas mogą się wydarzyć dlatego trzeba się dopasować czyli improwizować właściwie i być elastycznym. Tylko, że w życiu potencjalna porażka nie przychodzi już tak łatwo jak na scenie. I tu już nie ma wytłumaczenia, że może nam nie wyjść.

: Skupmy się na improwizacji teatralnej. Czy pamiętasz najdziwniejszą sugestię publiczności, najtrudniejszą rolę którą kazali Ci odegrać, która najbardziej utkwiła ci w pamięci?

Było ich bardzo dużo. Już trochę gramy i było bardzo wiele dziwnych, zaskakujących sugestii, ale sugestia, którą rzeczywiście będę pamiętał to był: mianownik który się nie odmienia. Nie wiem czy to była najtrudniejsza sugestia czy nawet najdziwniejsza, ale to jest ta, która z pewnością utkwiła mi w pamięci.

: Miałeś strach w oczach?

Tak! I na początku nie chciałem przyjąć tej sugestii. Udałem że jej nie słyszę, choć usłyszałem i bardzo mi się spodobała,  bo to była świetna propozycja, ale pomyślałem  sobie nie! Bo za bardzo nie wiedziałem co z tym zrobić. Ale suma summarum wziąłem ja.

: To było „osobliwe przyjęcie” – czyli jedna z gier będących krótką formą improwizacji. A jeżeli chodzi o formę improwizacji to którą wolisz: długą czy krótką?

Jeszcze niedawno odpowiedziałbym, że długie formy mogą być bardziej inspirujące, mogą być głębsze, bogatsze od krótkich. To czym staram się kierować grając  długie formy chciałbym przenosić do krótkich form by je bardziej uszlachetniać, bo krótkie formy są w zasadzie żartem. One są po prostu zabawne. Długa forma dobrze byłoby gdyby była zabawna, ona rządzi się innymi prawami niż krótkie formy. Ale nie widzę w tym nic zdrożnego, żeby pewne rzeczy  z długich form przenosić do krótkich. Teraz już nie potrafię wskazać którą z form wolę i nie przedkładam długich form nad krótkie. Bardzo bym chciał aby jedne i drugie były formami szlachetnymi, żartobliwymi i humorystycznymi.

: Czy masz autorytet na którym się wzorujesz w improwizacji?

Oczywiście jak zwykle utrudnię (śmiech) i nie będę mówił o autorytecie, ale o pewnym poziomie do którego można dążyć. A ten poziom reprezentują sobą na scenie, swoim byciem jak i graniem Colleen Doyle i Jason Shotts. Pamiętam, gdy oglądałem ich na festiwalu w Kopenhadze włos mi się jeżył na rękach. To jest to, do czego chciałbym dążyć. To jest to co chciałbym za jakiś czas osiągnąć. Czyli ten absolutny spokój, precyzję, ale jednocześnie….

: Prostotę?

Prostotę!, oczywiście (śmiech).

: A zespół? Jesteście zespołem już prawie trzy lata. Widujecie się bardzo często, zespół się rozrasta. Jak to jest funkcjonować w tak dużym gronie? Jesteście trochę jak rodzina, przyjaciele, czy bardziej jak koledzy z pracy?

Nie, kolegami z pracy nie. Gdybyśmy nazywali to wszystko pracą to właściwie moglibyśmy się już rozejść, bo to bez sensu. My nie idziemy do pracy. Raczej idziemy się spotkać, spędzić ze sobą mile czas, czy to w warunkach scenicznych czy w warunkach poza scenicznych. Choć uważam, że w dzisiejszych  czasach nadużywa się słowa przyjaciel myślę, że możemy powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi, że możemy wszyscy na sobie polegać, a w związku z tym, że tak często ze sobą przebywamy tworzymy swego rodzaju rodzinę.

: A czas wolny? Masz go w ogóle?

No pewnie!

: A co takiego robisz w czasie wolnym?

Staram się go zabijać. Staram się w miarę wypełnić ten czas. Interesuje się wszystkim po trochu . Nie mam swojej wymarzonej pasji, której  poświęcałbym  każdą wolną chwilę. Mam bardzo ładną sentencję, nie ukrywam, że będzie to ukradziony cytat z filmu: „staram się żyć wolno, żeby nic mnie nie ominęło.

: A wierzysz w to, że marzenia się spełniają?

Tak, choć nie wierzę w tzw. american dream. Owszem marzenia się spełniają, a dlaczego miałyby się nie spełniać?!

: A czego Ci życzyć w 2017 roku?

Wszystkiego dobrego!